RSS
poniedziałek, 31 maja 2010
Lampa z głowy

Ostatnio łapiemy się z Fasolką na tym, że wkurzają nas te same rzeczy, ale w totalnym zalataniu jakoś tak się składa, że nie werbalizujemy swoich frustracji (tak, tak, to może prowadzić do prawdziwej domowej tragedii, po której sąsiedzi będą mówić prasie: "To byli tacy mili, młodzi ludzie. Zawsze się uśmiechali i witali w windzie"). Na szczęście to są raczej 'frustracyjki', jak choćby kwestia oświetlenia w kuchni. Przydałaby nam się barowa lampa nad sam stół, przy którym przecież ŻYJEMY (jemy, pracujemy, odpoczywamy). Ale lampa jest w kuchnio-jadalni jedna i to na środku. Co więcej, Fasolka w przypływie chęci zrobienia czegoś-co-na-pewno-mi-się-spodoba, okleił zwykły papierowy biały klosz różową bibułą niekarbowaną. W efekcie światło u nas w jadalni przypomina to w Klubie Łódź Kaliska - jest różowo i dobrze się w tym świetle wygląda (uważni czytelnicy zauważą, że niekiedy wrzucam zdjęcia z różową poświatą - są robione wieczorową porą w kuchnio-jadalni). Ale jest też dość ciemno.

Problem zostanie rozwiązany, bo ostatnio oboje stwierdziliśmy, że wymiękamy! Faktem jest, że różowe światło w kuchni jest niczym latarnia morska dla naszych znajomych, którzy nigdy nie pamiętają, w której klatce mieszkamy - a w naszym bloku jest ich 13!! Widząc różowe światło, wiedzą, że są na miejscu :)

Chęć powrotu do jasności nie jest jednak tak silna, jak mogłoby mi się wydawać. Już w zeszłym sezonie bardzo spodobała mi się pewna stołowa lampa, a jakże... różowa!!

Konkretnie ta, z Leroy Merlin:

lampa budda leroy merlin

Ale Fasolka stwierdził, że jest straszna, bo:

* to głowa

* bo to głowa Buddy. I że on by nie postawił sobie na nocnym stoliku świecącej głowy Jezusa, więc czemu miałby stawiać na stole w kuchni różową, świecącą głowę Buddy.

OK, drugi agrument mnie przekonuje, ale pierwszy? Bardzo chciałabym mieć głowową lampę, czyli po prostu lampę z głowy :)

 

środa, 26 maja 2010
Na urlopie - czas na gotowanie

Urlopuję się - na razie w domu, ale mam nadzieję, że w tym roku wreszcie uda się nam gdzieś wyjechać.

Stojąc wczoraj na przejeździe w Rogowie przez 15 minut, kiedy to tego dnia odebrałam 5 służbowych połączeń zaczęłam zastanawiać się czy powinno się prowadzić służbowe rozmowy na urlopie czy też nie. Zauważyłam, że ludzie dzielą się na tych, którzy odbierają i na tych, dla których wolne dni są święte. Ja myślę, że specyfika mojej pracy wymaga jednak odbierania. Po drugie - nie ustawiłam autoodpowiedzi w mailu (zrobiłam to świadomie), więc może być też tak, że ktoś nie wie, że mnie nie ma. Sama często dzwonię na komórkę, gdy mam ważną sprawę, a osoba nie siedzi przy biurku ( i sama często nie siedzę ;p).

Ale może przesadzam... mój współpracownik z działu ostatnio nie poinformował nas o swoim urlopie, więc w poniedziałek, gdy próbowałam się do niego dodzwonić i zapytać kiedy zjawi się w pracy usłyszałam "tu xxx xxx, zostaw wiadomość". Tak więc pełny chillout. Zastanawia mnie też sens odbierania telefonów, gdy nie mam dostępu do maila - tak, większość dzwoniących chce bym coś pobierała lub wysyłała.

Rozmawiałam też wczoraj z Asią, która powiedziała, że ostatnio to nawet do kibelka chodzi z telefonem, bo jej przełożeni raczą ją telefonami w najmniej spodziewanych porach: ostatnio została niemalże obudzona o 22:30, bo jej przełożony musiał dopytać o coś w zostawionej przez niej pracy. Masakra.

Ale oczywiście odbieranie, bądź nie telefonów to nie jest moje główne zadanie tego urlopu. BTW - staram sobie nie wyznaczać 'zadań' na urlop, tylko działać :) Ponieważ Fasolka super posprzątał mieszkanie na mój przyjazd wczoraj (wróciłam po trzech dniach pobytu z dala od internetu, facebooka i.... łazienki), pomyślałam, że może dziś zrobię coś bardziej 'generalnego', nie wiem jeszcze - może umyję okna? Na pewno muszę jechać po zakupy - to musowo.

Ale, ale, na pewno będę gotować! Dostałam ostatnio cudowną książkę! Taką:

The Pasta Bible

Gdzie są fantastyczne przepisy na przeróżne pasty, ale także makarony, które można robić samemu w domu (NO WAY!!). Jest prawdziwie włoski przepis na sos boloński, gotowany przez godzinę (nigdy nie zajęło mi to więcej niż 40 minut, razem z krojeniem warzyw). Nawet dziś planuję ugotować jeden z przepisów - ze strony 118 :)

Zauważyłam, że przepisy amerykańskie są bardzo, bardzo szczegółowe. Czy ktoś widział, żeby w polskich pojawiły się instrukcje typu: "obierz, umyj selera, następnie pokrój go na pół, jeszcze raz na pół, a potem w kostkę".

 

sobota, 15 maja 2010
Żyję i mam się nieźle, czyli ciasto marchewkowe

Ostatnio szaleliśmy z festiwalem, dlatego blog trochę upadł, ale wracam! Wracam też do oglądania stron i portali o wnętrzach, modzie i gotowaniu - jednym słowem - codzienność.

Wracam też do gotowania. Po festiwalu w lodówce było tylko światło, co akurat było OK, bo skłoniło nas do wymycia całości. Teraz upajam się wolnym czasem, zastanawiania się co ugotować i z którego blogu kulinarnego skorzystać :)

Ostatnio sporo też czasu spędzam z moimi przyjaciółmi. Na ostatnie spotkanie nie chciałam iść z pustymi rękami, a że wróciłam dość późno z pracy opcja mogła być tylko jedna - superszybkie ciasto marchewkowe. Pierwszy raz zrobiłam je na Sylwestra, bardzo je lubię, Fasolka wręcz uwielbia - obdarowani przyjaciele też się zajadali, a to wszystko zrobione w naprawdę 15 minut (+30 minut pieczenia).

Ciasto Marchewkowe
Szklankę oleju zmiksowac ze szklanką cukru dodać 3  całe jajka + 1 szkl. mąki z 1/2  łyżeczki sody i 1 łyżeczkę proszku do pieczenia-miksujemy dalej.Dodajemy kilka rozdrobnionych orzechow włoskich  1 łyżkę cynamonu i pół szklanki drobno  utartej marchewki.Wlewamy ciasto do małej tortownicy i do nagrzanego piecyka na ok. 40.min.Temp.około  150-180 st  pozniej 200 st.
Krem do przełozenia:dwa serki"Twój smak" odlewamy troche "wody" z pudełka wyjmujemy serki i miksujemy z połową szklanki cukru pudru na puszystą masę.

Przepis teściowej mojej siostry :)

ciasto marchewkowe

 

Kontakt:
danuu@gazeta.pl