RSS
czwartek, 31 marca 2011
Łazienka się klaruje!

Zacznę od najgorętszej wiadomości: mamy uchwałę wspólnoty o nowym prądzie :D Jutro idę do inspektora po pisemko i lecę do Zakładu Energetycznego złożyć wniosek o turbowaty ;)

Zamówiliśmy płytki! Będą Vives Mugat, popularne "subway tiles", małe, białe cegiełki. To są moim zdaniem najładniejsze płytki, elegancko klasyczne i dające morze możliwości do aranżacji. Wyglądają dobrze zarówno w wersji retro, jak i w nieco nowocześniejszych odsłonach.

Będą ukłonem w stronę kamienicy, ale łazienka retro nie będzie. Ja nie jestem w klimacie retro, taki styl byłby przekłamaniem z mojej strony.

Bardzo podoba mi się zastosowanie mugatów w stylu nowoczesnym, jak choćby w przypadku łazienki ady_992 z gazetowego forum "Wnętrza mieszkań":

ada_992 _ łazienka

Więcej można poczytać i obejrzeć tutaj.

Drugą piękną inspiracją jest ta łazienka,:

vives mugat

Te płytki tak pięknie odbijają światło, że jestem gotowa uwierzyć w to, że pokocham ich czyszczenie ;)

Łazienka będzie w bieli, z elementami czerni i dodatkowego koloru, o którym jeszcze nie zadecydowałam. Kolor będzie się zmieniał co jakiś czas, bo będzie tylko w dodatkach w postaci ręczników i dywanika.

Tematem przewodnim łazienki będzie METRO :)

Na podłodze na razie planujemy wykładzinę elastyczną Komfort Amber w mapę Manhattanu. Wygląda dość przyzwoicie, jest w miarę gruba, a do tego - tania. Gdy nam się znudzi lub zniszczy - wymienimy ją na nową, inną lub położymy terakotę lub gres.

komfort Nowy Jork wykładzina

Nie będę miała problemu z fugami.

Dodatki, takie jak lampy czy dekoracje, wydają mi się tak odległą przyszłością, że na razie o tym nie myślę.

Łazienka sprawiła nam sporo kłopotów z rozmieszczeniem sprzętów. Niestety nadmiar opcji, jak było w naszym przypadku, przeszkadzał w podjęciu decyzji.

Chcieliśmy z jednej strony ograniczyć do minimum przenoszenie ceramiki, by zminimalizować koszty w tej dziedzinie. Z drugiej strony chcieliśmy zoptymalizować przestrzeń - trochę się to wykluczało z pierwszym założeniem.

Kolejnym aspektem była toaleta, której nie chcieliśmy montować w świetle drzwi, a w zasadzie "na pierwszym planie". Na wprost wejścia mamy pozostałość po kredensie w ślepiej kuchni poprzednich właścicieli (Jak można było tam gotować dla 4-osobowej rodziny - nie wiem).Postanowiliśmy ten wykusz wykorzystać, pogłębić go nieco (w zasadzie to "ująć" łazience, bo nie możemy nic pogłębić, a jedynie dobudować postument z przodu) i wstawić tam pralkę i suszarkę. To się uda! Wyliczone zostało przez Fasolkę i pięknie się zmieści. Konstrukcja taka, że drzwiczki od pralki będę miała na wygodnej wysokości - jupi!). Całość zostanie zabudowana jako szafa - jaka? Nie wiadomo. Z pewnością nie starczy nam na razie na to pieniędzy.

Dopóki nie mam płytek nie kupuję ceramiki, ani armatury - nie chcę kupić złego odcienia bieli. Skoro już kupiliśmy sobie szpanerskie i drogie jak na moje standardy płytki, to nie chce zepsuć efektu niedbale wybraną wanną czy kibelkiem.

Wanna i kibelek zostają w tym samym miejscu, umywalka będzie w miejscu zlewu w kuchni. Umywalkę wybraliśmy nablatową, która stanie na granitowej płycie. Pod spodem piękna biała szafka robiona pod wymiar z miejscem na kosz na bieliznę oraz powierzchnią magazynową mojej przydomowej hurtowni kosmetyków.

Oświetlenie główne to 3 lub 4 halogeny w podwieszanym suficie, do tego kinkiet nad lustrem dla strojnisi.

czwartek, 24 marca 2011
Z pamiętnika szalonej petentki cz.II

Dziś słów kilka o Urzędzie Skarbowym.

Kupując mieszkanie trzeba zapłacić 2 proc. wartości mieszkania podatku. Załatwia to notariusz - zarówno pobiera odpowiednią kwotę, jak i przekazuje ją do Urzędu Skarbowego. Ten urząd ma 5 lat (!!!!) na zweryfikowanie transakcji i ewentualne podważenie jej legalności/wysokości itp. Krótko mówiąc - urząd przez 5 lat może zakwestionować wartość mieszkania, uznać że jest zaniżona i naliczyć nowy podatek.

Nasza notariusz poradziła więc, żeby zgłosić się samemu do US i złożyć oświadczenie (+ np. zdjęcia stanu faktycznego), że lokal kosztował tyle a tyle, bo jest do remontu, jest w nim ślepa kuchnia, itp. I że cena transakcji nie jest zaniżona.

Tak też zrobiłam. Pojechałam do swojego Urzędu Skarbowego, do którego, żeby trafić, trzeba przejechać przez parking Domu Starców, potem pod wiaduktem, zakręcić za złamanym drzewem, potem koło elektrociepłowni i już jestem. Gubię się, za każdym razem jak tam jadę ;)

Bez problemu trafiłam nawet do pokoju, gdzie wisiała olbrzymia kartka "Zgłaszanie zakupu nieruchomości". Myślę sobie - "wow, poszło nawet sprawnie". Niestety, moja radość była przedwczesna - okazało się, że takiego zgłoszenia muszę dokonać nie w urzędzie przynależnym do mnie, podatnika, a w urzędzie, gdzie jest nieruchomość. Pojechałam więc do drugiego urzędu, gdzie byłam mile zaskoczona wygodnym i dostępnym "dla podatników" parkingiem ;).

Niestety tam nie było nigdzie wielkiej kartki "Zgłaszanie zakupu nieruchomości". Poszłam więc do informacji, a tam, pani drapiąc się w głowę, odesłała mnie do pokoju numer 4. Podreptałam tam (niestety w najbardziej niewygodnych butach z całej mojej kolekcji). Ale okazało się, że pani od nieruchomości jest obecnie w sali obsługi petenta i przyjmuje PITy. Dowiedziałam się, że ma blond włosy i czerwone okulary, więc bez problemu ją odnalazłam.

- Dzień dobry, pani koleżanka z pokoju 4 mnie skierowała tutaj, bo chciałam zgłosić kupno nieruchomości.

- Chyba sprzedaż?

- Nie, kupno.

- No tak, ktoś od pani kupił, ale pani sprzedaje, tak?

- Nie. Ktoś mi sprzedał, a ja zostałam właścicielką nieruchomości.

- Aaaaa, to od razu trzeba było tak. Nie, to koleżanki źle pani powiedziały. Ja się zajmuje zgłaszaniem sprzedaży.

- Eeeee....

- proszę się zgłosić do pokoju nr 5.

Idę, ale czuję, jak robi mi się odcisk. Pukam do pokoju nr 5, wchodzę. Od razu słyszę skierowane do mnie pytanie:

- Chce pani zgłosić kupno samochodu?

- Nieeee, nieruchomości. Kupno mieszkania.

- A to nie do mnie. To koleżanka obok.

Uff, udało się. Okazało się, że za mieszkanie co nieco przepłaciłam (to oczywiście nie jest takie proste, bo pani porównywała mieszkania co prawda w tej samej dzielnicy, ale w mocno żulerskich okolicach) i po zmarnowanej na łażenie bez sensu godzinie otrzymałam upragnione pisemko: "Nie ma podstaw do wszczęcia postępowania podatkowego".

 

Kwestie prądowe są w toku. Ścianka też - pismo w Dziale Technicznym zostawione.

wtorek, 22 marca 2011
Z pamiętnika szalonej petentki cz.I

Z kupowaniem/remontowanie domu lub mieszkania jest chyba jak z noszeniem aparatu ortodontycznego. Każdy, kto tego doznał stwierdza: "Jeśli wiedziałbym co mnie czeka, nigdy bym się na to nie zdecydował". To zdanie właśnie usłyszałam w służbowej windzie od kolegi, który wybudował dom.

Ja akurat wracałam z całej masy urzędów, gdzie musiałam zgłosić zakup nieruchomości. Byłam też w zakładzie energetycznym, żeby dowiedzieć się o warunki podłączenia 3-ciej fazy. Urządzeń na prąd będę miała sporo, a do tego chcemy zlikwidować gaz i założyć indukcję, więc "siła" wydaje się być koniecznością. Niestety nie wiedziałam, że do złożenia wniosku o nowy prąd potrzebna jest zgoda administratora nieruchomości, od którego właśnie wracałam.

Oczywiście, jak to w urzędzie bywa - pisemko, podanie, wniosek, uzasadnienie, kawka, herbatka, ciasteczko, imieniny. Muszę złozyć wniosek, umówić się z elektrykiem na ekspertyzę, otrzymać opinię i ewentualną zgodę na przeróbki i dopiero wtedy zawieźć ją do energetyki. Tam mają 30 dni na rozpatrzenie mojego wniosku. Dopiero po tym czasie mogę złożyć wniosek w gazowni o odłączenie gazu, licznika i możliwość poobcinania rur. Masakra, co?

To nie koniec! Żeby jeszcze bardziej spowolnić remont, muszę złożyć pismo w tej samej administracji w sprawie wyburzenia ścianki działowej wybudowanej przez poprzedniego właściciela. Tu również mają 30 dni na rozpatrzenie, chyba że konieczna będzie opinia i projekt inżyniera budowlanego, który udowodni, że burzac ściankę z karton-gipsu nie naruszę konstrukcji budynku. Nie chcę nawet myśleć, co mnie czeka w kwestii mojego pomysłu z wykuciem w ścianie szafy w kuchni...

Na osłodę mogę dodać, że wszyscy są w miarę pomocni i mili, ale mam nadzieję, że nie wpisuję tego w złą godzinę. Czeka mnie sporo pracy i jeszcze więcej nerwów.

W porównaniu z tymi problemami, wybór płytek czy baterii wydaje mi się banalny ;)

sobota, 19 marca 2011
Związana ze wspólnotą

W czwartek byłam po raz pierwszy na zebraniu swojej nowej wspólnoty mieszkaniowej. Zostałam przedstawiona przez prowadzącą zebranie pozostałym właścicielom mieszkań w mojej kamienicy. Nie muszę chyba mówić, że uczestnicy spotkania mieli średnio 1000000 lat, a ja - nie pamiętając czasów Kredy, stanowczo zaniżałam średnią wieku.

Poznałam naszą sąsiadkę piętro wyżej - przemiła pani, w wieku ok. 65 lat. Od razu skomplementowałam jej psa, co na dzień dobry uczyniło z nas dobre koleżanki. Później, gdy podpisywałam listę obecności, powiedziała: "O, pani jest leworęczna! Jak moja wnusia! Och, leworęczni to tacy zdolni ludzie". Dopełnieniem nowo nawiązanej przyjaźni była podwózka autem pod klatkę, bo padał deszcz.

Głównym tematem był problem mieszkańców sąsiedniej kamienicy, którzy chcą wygrodzić swoje podwórko. Twierdzą, że pod ich oknami przejeżdża dziennie 500 (!!) aut i to z prędkością co najmniej bolidu Sebastiana Vettela, bo "ich zdrowiu i życiu zagraża niebezpieczeństwo". Nie muszę chyba mówić, że owa droga jest drogą dojazdową do posesji, wąska i nierówna i naprawdę trudno jechać tam szybciej niż 15 km/h. Chcą się grodzić i sprawa robi się poważna, bo jeśli rzeczywiście postawią słupki lub co gorsza - płot, nam pozostanie wjazd przez dość wąską bramę. Naszą linią obrony będzie uzyskanie statusu służebności tej drogi - musimy udowodnić, że przez naszą bramę nie wjedzie ani straż pożarna, ani karetka, ani nawet śmieciarka. Nie będzie to trudne, gdyż brama jest niska i wąska.

Przy okazji poznałam pierwszą mroczną tajemnicę mojej kamienicy: 14 lat temu w pożarze mieszkania na pierwszym piętrze w drugiej klatce zginęła młoda dziewczyna. Przez kilka lat mieszkała tam z mężem, ale przestało się między nimi układać i facet się wyprowadził, a ona wniosła sprawę o rozwód. Rozwścieczony mąż podpalił wspólne mieszkanie i oczywiście uciekł. Była noc, ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko, dziewczyna nie zdążyła uciec. Sąsiedzi do dziś pamiętają o tej strasznej historii i być może dlatego tak bardzo walczą o ten dojazd straży pożarnej.

Z sąsiedzkich przygód to przeżyłam w poniedziałek chwilę grozy. Właściciel przekazywał nam klucze i akurat spotkaliśmy sąsiada, który mieszka pod nami. No więc właściciel mówi: "Słuchaj, Jacku, to są właśnie nowi sąsiedzi, wprowadzają się do mieszkania po nas". A facio, w drugim zdaniu, zaraz po "dzień dobry", mówi: "Nooo, jak będziecie głośno tupać, to nie wiem jak będzie". Ciary przeszły mnie po plecach i brzuch rozbolał, że oto właśnie uciekłam z deszczu pod rynnę - od jednej sąsiadki-wariatki, do drugiego świra. Na szczęście następnego dnia nieco się uspokoiłam, bo okazało się, że sąsiad z dołu nie ma wykupionego mieszkania, a moje jest w dużej mierze moje. Co więcej, z tego co zasugerowała prowadząca spotkanie wspólnoty, pracownica AN-u, prawdopodobnie sąsiad z dołu zalega z czynszem. Jeśli to prawda to chyba mogę liczyć, że będzie unikał latania do AN-u i skrażenia na mnie, jak miała w zwyczaju sąsiadka z bałuckiego mieszkania.

Jestem pełna obaw jeśli chodzi o sąsiedztwo, ale postaram się nie dać się zwariować. W końcu za mieszkanie zapłaciłam, jest moje, więc mam prawo czuć się w nim swobodnie, prawda?

A tu jeszcze wspomnienie koszmaru ostatniej przeprowadzki:przeprowadzka

MASAKRA!

 

poniedziałek, 07 marca 2011
Kuchnia sentymentalna, czyli smaki dzieciństwa

Sałatka jarzynowa, karpatka, ciastka wyciskane przez maszynkę do mięsa, kurczak z rożna z pietyzmem przygotowywany przez tatę przez cały sobotni ranek, kanapki z rzodkiewką pokrojone na małe kwadraciki, puszysty i delikatny jak chmurka omlet, robiony przez babcię, gdy wracałam ze szkoły, rytuał sobotnich domowych hot-dogów - to tylko nieliczne moje wspomnienia kulinarne z dzieciństwa.

Za każdym razem, gdy przygotowuję do jedzenia coś klasycznego, takiego, jakie znam z przepisu mamy czy babci, przypominam sobie chwile, kiedy - wręcz mimowolnie - uczyłam się je gotować.

Uwielbiałam siedzieć w kuchni. Tam mogłam swobodnie pobyć z mamą, bez problemu bawić się pokrywkami, łyżkami, foremkami do babeczek (tak, dzieci, nie było wtedy komputerów ;)), a później już być pełnoprawnym kuchcikiem.

W ogóle nie dziwiło mnie dotykanie surowego mięsa, a energiczne przekładanie z ręki do ręki „lejącej się“ wątróbki uważałam za świetną zabawę. Swego czasu nawet chciałam zostać „sprzedawczynią w sklepie mięsnym“, bo bardzo mi się podobało jak zaprzyjaźniony rzeźnik rąbał tasakiem kości i właśnie przerzucał wątróbkę, mówiąc: „o, proszę, jaka piękna wątróbeczka“. Ten spektakl zapadł mi w pamięć i mam do dziś przed oczami wąsatego rzeźnika z małego sklepu mięsnego obok Teatru Jaracza. Na szczęście preferencje rozwoju zawodowego szybko mi się zmieniły ;)

Nie robił na mnie wrażenia też inny krwawy rytuał - gdy moja babcia - niezwykła elegantka, zawsze znakomicie uczesana i wypielęgnowana - wychodziła w nocy przed Wigilią ze „starej kuchni“ w pokrwawionym fartuchu i dawała mi „baloniki“ - pęcherzyki powietrzne wyjęte z trzewi karpi. Za jej plecami istne pobojowisko po filetowaniu świątecznych ryb.

Mama pozwalała mi asystować sobie przy gotowaniu odkąd pamiętam. Początkowo byly to proste prace - obieranie ugotowanych jajek ze skorupek, ubijanie piany ręczną trzepaczką (tego akurat nie lubiłam), później - rozdzielanie żółtek i białek (z nieśmiertelnym: „Tylko uważaj, bo nawet kropla żółtka nie może wpaść do białka, bo się nie ubiją!“), miksowanie kremów (z ulubionym oblizywaniem mieszadeł!), a później już z obróbką cieplną i krojeniem.

Gotowaniu towarzyszyły zapachy: węch od zawsze był moim mocnym zmysłem. Pamiętam zapachy poszczególnych miejsc, ludzi, mebli. Pamiętam też zapach krojonego jabłka, a później ogórka kiszonego do sałatki jarzynowej. Pamiętam zapach deski po skończonej pracy.  Zapach smalcu po smażonych faworkach, dżemu rozprowadzonego na gorącym omlecie, amerykańskich galaretek przysyłanych w paczkach, a później przywożonych przez ciocię z Ameryki.

W moim domu nigdy nie mówiło się: „nie gotuj, bo pobrudzisz kuchnię“. Być może dlatego, że byłam potwornym niejadkiem i może mama myślała, że skoro garnę się do gotowania, to może i do jedzenia? Może nie miała świadomości, że „garnę się do gotowania“ tylko uznawała, że skoro nie widzimy się cały dzień, gdy ona jest w pracy, to fajnie jest, że możemy spędzić razem popołudnie i wieczór, a że w kuchni, to tak się akurat składało. Może wynikało to jeszcze z tego, że od zawsze w mojej rodzinie bardzo celebruje się jedzenie - do posiłków w miarę możliwości zasiadaliśmy wszyscy razem, przyjęcia organizowane wśród sióstr i kuzynek (moja rodzina jest mocno sfeminizowana ;) obfitowały w prawdziwe pyszności i koncentrowały się głównie na jedzeniu, a nie na piciu. Co więcej, mama zawsze dbała i dba nadal, by niektóre potrawy pojawiały się na stole niemalże rytualnie. I tak, raz w roku jadamy zupę z uzbieranego przez moją mamę na łące szczawiu z jajkiem (uwielbiam!), botwinkę (na szczęście tylko raz ;)), ciasto z rabarbarem (to z kolei uwielbia moja siostra), faworki (to dziś!), nie mówiąc o takich jednorazowych banałach jak mazurek, makowiec czy karp w galarecie. Obstawiam, że w tym roku na 11 listopada przyjemiemy zwyczaj robienia gęsiny.

Cieszę się, że mamie udało się tak mocno zakorzenić we mnie „celebrowanie gotowania“ i „gotowanie z okazji“, że sama - mimo że na co dzień jadamy nieco inne rzeczy - raz w roku kupię „Smalec Alfa“ (BTW czyż to nie geniusz copywritingu!) i usmażę te faworki! W zeszłym roku usmażyłam placki ziemniaczane na Hanukkah, może ja rozszerzę celebrowanie gotowania na inne kultury? Bo jak mawia moja babcia: „Każda gospodyni dodaje coś od siebie“.

Kontakt:
danuu@gazeta.pl