RSS
wtorek, 28 grudnia 2010
Amerykańska, czyli jaka?

W święta zawsze zaczynam lekturę książki, którą znalazłam pod choinką. To już chyba tradycja, że moja starsza, mądrzejsza i bardziej oczytana siostra wybiera dla mnie właśnie prezent z księgarni. W tym roku nie mogła wybrać lepiej! Dostałam od niej książkę obok której chodziłam już od kilku miesięcy - „Sekrety włoskiej kuchni”. Prawdziwe tomiszcze (ponad 600 stron!) nie nadaje się niestety do czytania w wannie, bo niewygodnie trzyma się ją w pozycji kąpielowej, ale jest tak zajmującą lekturą, że już nie mogę się doczekać, kiedy znów zanużę się w świat włoskich wiosek i miasteczek i produkowanych tam lokalnych pyszności.

Ale nie o tym! Będzie o wstępie Umberto Eco do tego dzieła. Eco z charakterystyczną dla siebie erudycją podejmuje próbę syntezy różnorodnej kuchni włoskiej i w kwiecistych porównaniach odnajduje sens kulinarnej włoskiej wzniosłości. Wszystko się zgadza, ale opisując ową wzniosłość, Eco posłużył się okrutnie niesprawiedliwym, stereotypowym spojrzeniem na kuchnię amerykańską. Pisał:

„Jeśli wsiądziecie do samochodu i wybierzecie się w podroż przez Stany Zjednoczone, może się zdarzyć, że przez wiele, wiele dni będziecie oglądali przestrzenie ciągnące się aż po horyzont (a gdy sie zatrzymacie, podadzą wam wszędzie takiego samego hamburgera, jakiego jedliście na poprzednim postoju)."*

O zgrozo! Jak jeden z największych intelektualistów współczesnego świata może wypisywać takie farmazony?! Eco co prawda przyznaje się, że wybitnym smakoszem nie jest, ale naprawdę nie trzeba być krytykiem kulinarnym, żeby wiedzieć, że „wszędzie taki sam hamburger” to totalna nieprawda. To tak, jakby Francuz, Niemiec lub Amerykanin (a nawet Włoch!), przyjechał do Polski, kupił mrożone pierogi z mięsem marki Tesco i do tego ograniczył eksploracje kuchni polskiej i wygłaszał sądy, że we do wszystkich polskich pierogów z mięsem używa się krowich ścięgien i świńskich chrząstek.

Ostatnio wróciłam z kolejnej podróży do USA, gdzie znów miałam okazję kosztować pyszności. Tak, pyszności! Bo tak, jak w Polsce są wędliny ARO i są wędliny Krakowskiego Kredensu (tak wiem, wiem co się o nich pisze i jak to z nimi jest naprawdę, ale chodzi mi tylko o skalę porównania), tak i w Stanach są produkty i pół-produkty, odpowiedniki ARO i Krakowskiego Kredensu. Można jeść hamburgery z mięsa niewiadomego pochodzenia za 1.49$ w typowych barach, takich jak McDonald’s, a można zjeść przepyszną, soczystą bułkę z najprawdziwszym 100-procentowym mięsem, świeżo mielonym na miejscu z najlepszej wołowiny. Do tego dodatki, np. z niezwykle popularnej kuchni tex-mex: potato skins, onion rings, nachos czy quesadillas na przystawkę.

Różnorodność, jaką daje amerykański rynek spożywczy jest naprawdę imponująca. Może powinnam napisać, że swoje przemyślenia poczyniłam na gruncie kalifornijskim, który należy do creme de la creme amerykańskiej ziemi i być może nie jest on w pełni reprezentatywny.

Mamy więc tu najlepsze restauracje, sklepy ze zdrowym, pysznym jedzeniem, soczyste owoce i pachnące warzywa, mamy też sklepy, a nawet markety, dedykowane mniejszościom etnicznym, w których można kupić wszystko, co potrzebne do gotowania typowych potraw np. kuchni chińskiej, japońskiej, meksykańskiej czy hinduskiej.

Mówienie zatem o Stanach, jako kraju, gdzie jada się wyłącznie ohydne hamburgery albo kurczaki faszerowane sterydami jest aroganckie. Tak naprawdę dobre jedzenie amerykańskie jest przepyszne. Pamiętam o tym, tęskniąc za najlepszymi jakie dotychczas jadłam ananasami, chrupiącymi na zewnątrz i miękkimi w środku bajglami, soczystymi stekami, pieczonymi ziemniakami, lodami Ben&Jerry’s, wypitymi hektolitrami Ginger Ale i specyficznym, jedynym w swoim rodzaju zapachem amerykańskich restauracji, zwiastującym kulinarną ucztę.

* Wstęp do tej książki:

Sekrety Włoskiej Kuchni

do kupienia np. tu.

A po lekturze napiszę spostrzeżenia. O książce i włoskiej kuchni :)

Kontakt:
danuu@gazeta.pl