RSS
wtorek, 31 stycznia 2012
Niedojrzałe owoce egzotyczne

Dziś będzie trochę inaczej :) A to dlatego, że ostatnio zauważyłam już pierwsze przemiany Biedronki - ze sklepu "dla ubogich" na normalny, podręczny sklep na co dzień. Pojawiło się sporo nowych i to całkiem fajnych produktów, a także został poszerzony (przynajmniej w tej mojej) dział owoców. I tak oto, w Biedronce można od niedawna kupić granaty, kaki (zwane szaranami lub persymonami), ananasy, papaję i melony. Nie cieszą się jakąś wielką popularnością wśród klientów "mojej" Biedronki, ale oni głównie kupują "Sarmackie Mocne" i gotowe kotlety do hamburgerów.

Ja się cieszę, bo te owoce w Biedronce są o wiele tańsze niż w sklepach, w których dotychczas były dostępne. Ananas w promocji kosztował 3,33 zł, a w tym samym czasie - w Piotrze i Pawle - 13,99 zł!!

Zaczynam trochę eksperymentować na tym polu, bo u mnie w domu rodzinnym bardzo rzadko kupowało się takie owoce. Po pierwsze dlatego, że jak byłam mała, to nie były jeszcze tak dostępne, po drugie - moja mama nie miała z nimi doświadczenia i często osądzała owoc zbyt szybko. Przez wiele lat pokutowało u nas przekonanie, że świeży ananas jest niedobry. Ostatnio zrozumiałam dlaczego! Bo jedliśmy go, gdy był jeszcze niedojrzały!

ananasy

zdjęcie pochodzi z darmowej bazy www.sxc.hu

Dobry patent na kupowanie ananasa sprzedał kiedyś Pascal Brodnicki - wybierając owoc, powąchaj jego spód (przeciwległy do "czuprynki"). Jeśli pachnie ananasem, słodko, to znaczy, że ten owoc można kupić. Ja zawsze tak robię, a dodatkowo trzymam go kilka dni w temperaturze pokojowej. Zjadamy go w chwili, gdy na skórce pojawi się lekki nalot - spokojnie, jeszcze nigdy mi nic nie było po zjedzeniu ananasa, za to wtedy jest naprawdę dojrzały i przepyszny!!

Temat drugi to avocado. Na pewno znacie kogoś w swoim otoczeniu, kto nie lubi avocado. Może dlatego, że zna ten owoc jako coś zielonego, twardego i kompletnie bez smaku? Pamiętam, jak jakiś czas temu nasza znajoma z Meksyku, mieszkająca tymczasowo w Łodzi zaprosiła nas na burritos, do których chciała podać guacamole. Nie spodziewała się nawet, że kupienie dojrzałego, gotowego do jedzenia avocado to naprawdę trudna sztuka. Kupiła więc twardą "gruszkę miłości" ( bo tak nazywane jest avocado), zrobiła absolutnie niezjadliwą sałatkę zamiast guacamole i trzymając się za głowę uprzedzała nas: "To nie powinno tak smakować. W Meksyku mamy zupełnie inne avocado, to jest absolutnie niedojrzałe!". Dla mnie niedojrzałe avocado ma jeszcze dodatkowo jakiś chemiczny, jakby benzynowy posmak.

Za to dojrzałe... ach....

avocado awokado

zdjęcie pochodzi z darmowej bazy www.sxc.hu

Najbardziej lubię guacamole, ale pyszna jest też pasta z jajkiem i twarogiem (przepis tutaj).

Podobnie rzecz ma się ze wspomnianymi wyżej owocami. Dajmy im dojrzeć w zaciszu naszych kuchni, a będą znakomitym uzupełnieniem zimowej diety :) Smacznego!

środa, 25 stycznia 2012
Nowe życie foteli

Kupując nasze mieszkanie, poprosiliśmy poprzedniego właściciela o pozbycie się - co tu dużo mówić - wątpliwej urody mebli: starych wersalek, regału "późne gierkoko", starych dywanów i całego tego majdanu, powodującego w najlepszym razie alergię.

Ale kilka rzeczy zachowaliśmy, m.in. arcywygodne, stare fotele i - bardziej z przymusu niż z kwestii estetycznych - wersalkę do zestawu :)

Fotele musiały przejść lifting.

Zaczęłam od poszukiwania pracowni tapicerskiej - znalazłam taką, którą mogę z czystym sumieniem polecić - jest duża, więc pewnie niezbyt konkurencyjna cenowo, ale czasem trzeba spojrzeć na inne kryteria niż cena. Miało być dobrze i bezproblemowo. I tak było!

I oto efekt!

fotele stare lata 60.

Przed/Po to moja ulubiona rubryka w gazetach i na portalach :)

Kilka słów o samym tapicerowaniu - fotel ma wyremontowaną także część drewnianą, panowie pomalowali go bejcą w kolorze dębowym. Poza tym wymienili zapadnięte pianki.

W rzeczywistości wygląda dużo ładniej, bo pasy mają ciekawą strukturę, tu wyglądają dość jednowymiarowo. Spróbuję zrobić większe zbliżenie tej tkaniny, bo warto! Niecierpliwym polecam przyjrzeć się załamkowi tkaniny na samym dole - widać tam nawet kropkowany "ażur" wokół pasów.

W kupienie ciekawej tkaniny obiciowej zaangażowany był oddział mojej rodziny zza Oceanu, za co bardzo dziękuję! Nie wiem czemu tak trudno kupić coś ciekawego u nas - nawet w największej hurtowni tapicerskiej w Łodzi było tylko kilka i to też nie zabijających tkanin. Reszta - jak do wnętrz nie odnawianych od ponad 30 lat!!! Albo takich, do których całe wyposażenie kupuje się w salonie "Bodzio". Straszne!

Alternatywą była Ikea, ale po tym jak zobaczyłam, jak wyglądają fotele w "Owocach i Warzywach" po roku intensywnej eksploatacji, stwierdziłam, że akurat tutaj ten sklep się nie sprawdzi.

Nie sprawdzi się choćby dlatego, że takie tapicerowanie to nie jest tania zabawa i jeśli już się za to brać, to z przyzwoitym materiałem. Z pewnością za tę kwotę, którą zostawiłam u tapicera, mogłabym mieć dwa nowe fotele. Ale teraz mam przynajmniej absolutnie oryginalne i niepowtarzalne meble. W klimacie lat 60., z nowoczesnym sznytem. Lubię to!

Na szczęście kwota była wciąż trzycyfrowa, bo jak zobaczyłam na jednej ze stron internetowych z polskim wzornictwem cenę 1900 zł za jeden fotel w stylu moich nowych-starych, to prawie dostałam zawału.

czwartek, 19 stycznia 2012
Kawałeczek gotowy

A konkretnie - kawałeczek kuchni! :) Jest blat na ściance, jest mozaika, jest nawet wymarzony pojemnik na sól. Całość półwyspu prezentuje się następująco (coś jest nie halo z perspektywą, nie wiem czemu, tzn. wiem - jest za wysoko, żeby zrobić zdjęcie takiego kadru, jak ja chcę):

kuchnia biała abstrakt ikea

 

I takie zdjęcie trochę bardziej nastrojowe, tzn. normalne :)

ikea abstrakt

Możecie tu wypatrzyć m.in. koteczka, który spełnia się w roli tablicy. Nabyłam go w przecudownym sklepie Oh deer, który polecam wszystkim, którzy lubią kolorowe (i nie tylko, jak widać po koteczku) pierdółki do domu.

Z tego samego sklepu pochodzi także mój nowy, a już ukochany pojemnik na sól - pierwotnie - cukiernica. Na zdjęciu z bratem - młynkiem do pieprzu :)

cukiernica Oh Deer muffin

Jaki jest plan?

- znaleźć stałe miejsce dla koteczka;

- znaleźć stałe miejsce dla kosza na śmieci (!!!)

- powiesić coś nad głową koteczka - otwarte półki, o których pisałam ostatnio? Przeszkloną witrynkę-antyk? Inne pomysły mile widziane :) Koteczek opuści zapewne swój kącik więc zrobi się tam miejsce na przechowywanie (np. książek kucharskich)

wtorek, 10 stycznia 2012
Książka ponoć kulinarna

Nie często piszę o książkach na tym blogu (pamiętam notki o dwóch), a to dość istotny element mojego życia :) Podczas lektury książki o której za chwilę, zorientowałam się, że bardzo rzadko czytam coś, co nie jest polecone/opisane/zrecenzowane. Krótko mówiąc - nie czytam przypadkowych książek.

dom w italii Pezzelli

Powieść "Dom w Italii" wygrałam w konkursie. Bardzo dobrze to pamiętam - w jakiś paskudny, ciemny i mokry dzień, kiedy wszystko jest "nie tak" do tego stopnia, że denerwujące jest nawet światło w pracy, dostałam paczkę od pewnego serwisu internetowego, a w niej książkę Petera Pezzellego. Słyszałam tylko o jego najsłynniejszej powieści "Kuchnia Franceski", więc pomyślałam, że będzie to miła lektura. Co więcej, jak zapewnia wydawca: "Niektóre książki mają nie tylko klimat, ale i zapach - np. świeżego, chrupiącego chleba jedzonego pod słonecznym toskańskim niebem... Oto jedna z takich książek". Otóż nie, proszę państwa. Nie pachnie. Nawet nie jest wyczuwalna lekka nuta aromatu bazylii, świeżych pomidorów i innych włoskich przysmaków.

Mamy za to ckliwą i fatalnie napisaną historyjkę starego cyklisty i młodej furiatki. Gdyby ktoś chciał zrobić z "Domu w Italii" film, byłby to naprawdę niestrawny melodramat. Żeby nie było - lubię komedie romantyczne, rozczulające miłosne historie przy których można uronić łezkę i dlatego też czasami sięgam po książki, które można sklasyfikować jako "do poczytania na plaży", ale "Dom w Italii" nie broni się nawet w tej kategorii.

Kilka słów o bohaterach - niestety w "Domu w Italii" przez zdecydowaną większość czasu mamy okropne, złośliwe kobiety, podstarzałych "latino loverów", którzy prężą się przed lustrem, a jedyne, co ratuje tę powieść to obrazowe opisy włoskich krajobrazów.

Dialogi są słabe do granic możliwości, jakby pisała je średnioutalentowana gimnazjalistka. Oto przykład (żeby nie było - rozmawiają dwie dorosłe kobiety, matka z córką):

 - No to może wreszcie wykrztusisz co ci leży na sercu? - zaproponowała Lucrezia [BTW uwaga edytorska - moim zdaniem nie powinno być na końcu zdania znaku zapytania].

- A może ty wykrztusisz to, co tobie leży na sercu? - Filomena popatrzyła córce w oczy.

- Nic mi nie leży na sercu!

- Więc najwyższy czas żeby coś zaczęło ci leżeć - krzyknęła Filomena i uderzyła otwartą dłonią o blat. (...) (s.205)

Masakra co?

Utyskiwałam na tę książkę do mojej koleżanki, która trzeźwo zauważyła, że nurt literatury toskańskiej ma się wśród polskich czytelników znakomicie ;) Wystarczy chodliwy tytuł z Italią/Włochami/Toskanią w tle, prosta historyjka, kilka obrazków i książka gotowa. W dodatku wyda ją Wydawnictwo Literackie. Wszyscy kochają Włochy i włoskie jedzenie, więc sukces zapewniony.

Jedzenia w książce jest tyle, że nie najadłabym się nawet na lunch. Tyle, co kot napłakał. Dosłownie 4 razy na 300 stronach jest mowa o przygotowywaniu posiłków. I - co tu dużo mówić - będąc świeżo po lekturze Julii Child - wiem, jak można obrazowo pisać o jedzeniu. Pisać w taki sposób, że czytając o pierwszej w nocy, pod ciepłą kołdrą, masz ochotę spod niej wyskoczyć i zajrzeć do lodówki. Gdy czytam opisy jedzenia autorstwa Pezzellego mam przed oczami co najwyżej smutne mikro-przystawki z niektórych łódzkich (słabych) knajp. Niestety.

niedziela, 08 stycznia 2012
Otwarte szafki w kuchni

Źródłem nieustających inspiracji jest dla mnie ta strona szwedzkiego pośrednika nieruchomości. Można pooglądać tam prawdziwe, wnętrzarskie cuda. Skandynawskie wnętrza, pomimo chłodnych barw, są bardzo zachęcające i relaksujące. Ten styl jest też świetną alternatywą dla tych wszystkich, którzy nie przepadają za ciepłą paletą kolorów (nas!).

Przeglądając wczoraj katalog "Inspiracje" złapałam się na tym, że wciąż podobają mi się te same rozwiązania - np. szklane drzwi tylko na górnych prowadnicach: jedno zdjęcie z sierpnia 2010, drugie - z listopada 2011. Chociaż strasznie mi się takie drzwi podobają, byłam zmuszona z nich zrezygnować, a chciałam zrobić takie w łazience. Odpadły ze względu na koszt, jak i na to, że ponoć takie drzwi nieustająco wibrują (szyba wpada w drgania), a jeśli miałyby być drzwiami od szafy na pralkę i suszarkę, to miałabym co sobotę koncert na jedną wirówkę i dwoje drzwi. No, thanks!

Wciąż zastanawiam się nad dodatkowymi półkami na ścianie prostopadłej do półwyspu. Początkowo chciałam witrynkę, ale teraz skłaniam się bardziej ku prostym, tanim, otwartym półkom z widocznymi wspornikami. Mogłabym na nich trzymać moje piękne różowe puszki :)))

wsporniki Alvhem Makleri

źródło: http://www.alvhemmakleri.se/

Mam nawet taką literkę ;) Tylko, że "A" oczywiście :D

Tutaj rozwiązanie dla wysokich Szwedów - ja bym nie mogła trzymać na takich półkach podręcznych naczyń:

wsporniki Alvhem Makleri

źródło: http://www.alvhemmakleri.se/ 

Tu piękne, drewniane półki:

wsporniki Alvhem Makleri

źródło: http://www.alvhemmakleri.se/ 

Kontakt:
danuu@gazeta.pl